Muzyczne przełomy. Od "Święta wiosny" do "Kwiatów romansu".

Przypominamy trzy głośne, historyczne wydarzenia koncertowe, dzięki którym "coś się przełamało". Gdy muzyka wyprzedzała swoje czasy, ale widownia nie zawsze za nią nadążała. I wyrażała niezadowolenie w zdecydowany sposób. 


Tancerki ze "Święta wiosny"/Wikipedia

Dzikie balety

Legenda premiery "Święta wiosny", mającej miejsce 28 maja 1913 roku w paryskim Théâtre des Champs-Elysée, urosła już do rozmiarów mitu kultury XX wieku, kiedy to kończy się jedna epoka, a zaczyna druga. Kubański prozaik, a zarazem muzykolog - Alejo Carpentier uczynił ją nawet centralnym zdarzeniem swojej epickiej narracji z 1978 roku. I rzeczywiście, muzyka Igora Strawińskiego do choreografii Wacława Niżyńskiego, za jednym zamachem unicestwiła rygory w formach symfonicznych i tańcu współczesnym. W momencie premiery jednak, nikt chyba nie spodziewał się tak wiekopomnego wydarzenia. Bo sama premiera była zwyczajną klęską, ba, chciałoby się powiedzieć, rozróbą.

Przebieg feralnego przedstawienia był właściwie spektakularną kulminacją wcześniejszych poczynań Strawińskiego i Niżyńskiego, dwóch nieznoszących się nawzajem indywidualności, których połączył zmyślny geniusz impresaria Sergiusza Diagilewa. Strawiński od impresjonistycznego "Ognistego ptaka" (1909), sukcesywnie modernizował estetykę muzyki klasycznej o gwałtowne rytmizacje rodem z ludowych ceremoniałów. Niżyński jako tancerz szokował natomiast ekspresywną manierą i stosowaniem ekstatycznych układów choreograficznych. 

Mimo ludowych inklinacji obu twórców, "Święto wiosny" było próbą łączenia wody z ogniem. Praca nad mającym ilustrować prastare pogańskie rytuały dziełem, ubiegała bowiem pod znakiem konfliktów. Apodyktyczny Strawiński ganił niedojrzałość młodziutkiego choreografa, wychodząc z założenia, iż nie ma on zielonego pojęcia o muzyce, a powierzone mu zadanie przerasta jego możliwości. Niżyński zaś czuł się niczym uczniak strofowany przez apodyktycznego nauczyciela, który zamiast rozmawiać i tłumaczyć wydaje polecenia. Ta atmosfera wzajemnych, ukrytych pretensji w jakiś sposób przeniosła się na klimat samej premiery baletu.

Od pierwszych dźwięków wiadomo było, iż ten wieczór nie potoczy się po myśli twórców "Święta wiosny". Widzowie nie tylko głośno komentowali przebieg przedstawienia, ale wzajemnie kłócili się o jego zawartość. W przejściach słychać było krzyki, które wkrótce przerodziły się w...bijatykę. Wezwano policję, która przywróciła porządek, ale nie na długo. Chaos trwale zapanował na widowni. Diagilew zza sceny co chwilę włączał i wyłączał światło, aby uciszać publikę. Niżyński stojąc na krześle, wydawał okrzykami instrukcje dla tancerzy, którzy z powodu tumultu nie słyszeli gry orkiestry. Wściekły Strawiński zaś...płakał z bezradności.

Tego chciałem - miał powiedzieć przebiegły rosyjski impresario. Wiedział, co mówi. Muzyka "Święta wiosny" dała podwaliny narodzinom wielu nowatorskich rozwiązań kompozytorskich XX wieku, a balet Niżyńskiego jest dzisiaj klasyką współczesnego tańca, źródłowym materiałem takich mistrzów jak śp. Pina Bausch.

Okładka płyty, na której Dylan "podłączył się do prądu"/Columbia
Judasz z gitarą elektryczną

W połowie lat 60. Bob Dylan wyrastał na sumienie kontrkulturowej Ameryki i czołową postać muzyki folk, spadkobiercę tradycji bardów pokroju Woody Guthrie'go. Sam Dylan jednak mimo wykonywania ważkich protest songów typu "Blowin' In The Wind" miał świadomość, iż prawdziwa odnowa wrażliwości społecznej odbywa się nie tylko za pomocą akustycznej ascezy. Śpiewając Czasy się zmieniają wiedział, że i sam powinien obrać kurs na artystyczną woltę. Tylko, co z jego zdeklarowanymi fanami?

Płyta "Bringing It All Back Home" wydana w 1965 roku wystawiła ich na ciężką próbę. Dylan całą pierwszą stronę albumu wypełnił bowiem nagraniami z towarzyszeniem rockowego zespołu. Zostało to poczytane jako zdrada. Folkowi puryści uznawali rock'n'roll za młodzieżową muzykę do tańca bez istotnych treści. Dylan porzucając estetykę unplugged zachowywał się niczym król, który abdykuje z tronu.

Jak trudne było dla niego wytrwanie w obranym kierunku artystycznym, pokazała trasa koncertowa na przełomie 65 i 66 roku. 25 lipca na festiwalu w Newport Dylana z miejsca przywitały gwizdy, gdy wespół z pełnym składem zespołu zaczął odgrywać bluesowo zorientowany materiał. Nie uciszyły się nawet, gdy zaprezentował wybitne, choć wtedy premierowe "Like A Rolling Stone". Po trzech utworach muzycy zeszli ze sceny, co prawda zgodnie ze scenariuszem, ale żegnani gwizdami. Konferansjer wywołał Dylana do solowego występu. Rozdrażniony reakcjami publiczności, muzyk wykonał akustyczny set, lecz od Newport nie wrócił aż przez następne 37 lat.

Problemy na Newport Folk Festival nie były jedynym zdarzeniem, które zwykłe podłączenie się do prądu uczyniły znamiennym gestem w historii muzyki popularnej. Dylan jeszcze kilka razy musiał walczyć o uznanie publiczności niechętnej dźwiękom rockowego akompaniamentu. W maju 1966 roku odbył się koncert w londyńskiej Royal Albert Hall, którego zapis na płycie "Live 1966: The "Royal Albert Hall" Concert" (1998) jest uznawany za esencjonalny dokument historii rocka.

Z początku słuchacze na gitarowy zgiełk reagowali nieufnie. Pojawił się okrzyk Judasz!, za którym poszły oklaski części publiki. Nigdy cię już nie będę słuchał - zawołał ktoś inny. Jesteś kłamcą - wycedził w odpowiedzi słowa zdenerwowany Dylan, nie przerywając występu - Nie wierzę ci. Po czym zwrócił się do zespołu, by grali kur..wsko głośno. Ostatecznie koncert zwieńczył spory aplauz. Na późniejszych koncertach podłączonego do prądu Dylana był już tylko coraz większy.



Okładka płyty Flowers of Romance/ Virgin Records

Butelką w ekran

To miał być wieczór wypełniony surową energią i gitarowymi akordami. Tak przynajmniej wyobrażali go sobie menadżerowie nowojorskiego klubu The Ritz. Wiązali wielką nadzieję z nową odsłoną muzycznego profilu przybytku. Na początku 1981 roku The Ritz odwiedził np. wielce obiecujący irlandzki kwartet U2. Tuż po nim miała wystąpić prawdziwa legenda - John Lydon. Byłego lidera Sex Pistols zaproszono razem z jego nowym, równie głośnym zespołem - Public Image Ltd. Po słynnym albumie "Metal Box", ale i "anty-przebojach" typu "Death Disco", można było się spodziewać sporej dawki punkowej prowokacji. Nikt jednak nie spodziewał się, że będzie ona aż tak donośna. A nowojorski występ Public Image Ltd. przejdzie do historii koncertowych ekscesów, które zmieniły oblicze rocka.

Mimo zaproszenia do The Ritz, Lydon nie zamierzał wcielać się w żadną rockową ikonę. Wręcz przeciwnie. Postanowił nadać występowi Public Image Ltd. formę multimedialnej instalacji ze śladową obecnością muzyków na scenie. Wokalista ukrył i siebie i zespół za ogromnym ekranem, na którym wyświetlano eksperymentalne filmiki. Zamiast punkowych lub nowofalowych piosenek, zabrzmiała zaś improwizowana, bazująca na plemiennym bębnieniu "kocia muzyka". Czyli materiał z właśnie wydanego, przełomowego albumu "Flowers of Romance".

Publiczność była mocno zdezorientowana zarówno artystowską oprawą koncertu, jak i absencją wykonawców. Po kilkudziesięciu minutach, w stronę ekranu poleciały butelki. Reakcja Lydona zza sceny tylko pogorszyła atmosferę. Wokalista nie stosował wobec publiki żadnej taryfy ulgowej. Zamiast uspokoić słuchaczy, jeszcze mocniej ich prowokował.

Koncert w końcu musiał zostać przerwany. Wściekli widzowie wtargnęli na scenę, niszcząc ekran oraz sprzęt. Lydon wraz z muzykami zdołał uciec do garderoby. Nikt w klubie na szczęście nie odniósł poważniejszych obrażeń. Kilka miesięcy później "Flowers of Romance" trafiło do zestawień... najlepszych płyt roku 1981.