Zmieniać, edukować, drażnić. Artur Rojek o projekcie Something Must Break

O genezie Something Must Break, zaproszonych wykonawcach i statusie muzyki alternatywnej rozmawiamy z kuratorem projektu - Arturem Rojkiem. 





Something Must Break. Coś musi się przełamać. Skąd pomysł na takie, a inne hasło przewodnie?

Artur Rojek: Hasło "Something Must Break" zostało zaczerpnięte z piosenki Joy Division, dla mnie jednak wiąże się głównie z wystawą pod tym tytułem, organizowaną kilka lat temu podczas OFF Festivalu. Jej kuratorem był Sebastian Cichocki. To wydarzenie uświadomiło mi siłę sztuki, która drażni się z ludźmi; drażni się nie w sensie robienia komuś krzywdy, lecz poruszenia w nim czegoś. Najgorsze w pracy artysty czy promotora jest bowiem obojętność. Na OFF Festivalu zawsze staram się tej obojętności unikać, wychodzić na tyle do przodu, aby do czegoś odbiorców sprowokować. Wtedy, pod hasłem "Something Must Break" zaproponowaliśmy wystawę sztuk wizualnych połączonych z muzyką. Spotkała się z dużym odzewem, a samo hasło zapadło mi w pamięć i wracam do niego w związku z nowym projektem, realizowanym przez Małopolskim Ogrodem Sztuki.


Jako dyrektor artystyczny OFF Festival działasz w Katowicach. Czy Kraków ma szansę stać się cennym uzupełnieniem dla realizowanej tam artystycznej misji?

Miasto posiada ogromny potencjał. Świadczy o tym choćby ilość imprez, które się tutaj odbywają. Something Must Break będzie jednym z wielu organizowanych w tym okresie wydarzeń. Ale nasz projekt nie jest skierowany do mas. To propozycja stworzona z myślą o specyficznej grupie odbiorców. Takiej, której nieobcy jest przekaz zawarty w haśle Something Must Break, nieobca jest ambicja w życiu. To projekt, który ma zmieniać, edukować, inspirować, ale też drażnić się ze słuchaczem.Czyli to wszystko, czym od 12 lat zajmuje się OFF Festival w Katowicach.


Czy w obecnej sytuacji przenikających się gatunków i wielkich karier niezależnych artystów, możemy jeszcze mówić o czymś takim jak "muzyka alternatywna"? Jakimi wyznacznikami kierujesz się, jeśli chodzi o własne muzyczne gusta?

To bardzo subiektywna ocena. Jest wielu artystów wykorzystujących możliwości pojawiające się w różnych sferach muzyki. Sposób ich użycia zależy od pomysłu na siebie. Świetnym przykładem takiego funkcjonowania w oparciu o awangardową sztukę jest dla mnie Björk. To, że mówimy o artystach popularnych, grających na największych imprezach na świecie, nie znaczy, iż są oni pozbawieni ambicji i alternatywnego myślenia. Na festiwalu zajmuję się wykonawcami, których nazwiska są wypadkową różnych elementów - wypadkową mojej wiedzy, możliwości logistycznych czy budżetu. To sprawia, że w trakcie imprezy mamy do czynienia z takim, a nie innym artystą.


Jak na tym tle prezentuje się pierwsza trójka wykonawców, których zaprosiłem do projektu Something Must Break?

Z okazji pierwszej serii koncertów Something Must Break, udało się dobrać wykonawców, którzy reprezentują różne gatunki, ale reprezentują je w sposób wysoce niestandardowy. Projekt zainicjuje koncert Priests. To zespół punkowy, uznawany za głos pokolenia młodych Amerykanów, którzy buntują się przeciw obecnej, niepokojącej, niepewnej rzeczywistości. Sami o sobie mówią jako przedstawicielach generacji, próbującej żyć w słusznej sprawie w świecie, gdzie słusznej sprawy już nie widać. Dla mnie to wymarzone odzwierciedlenie idei Something Must Break - coś należy zburzyć, aby powstało coś nowego. 

Mount Eerie to natomiast twórca legendarny i znany fanom. Były lider formacji The Microphones, ale też twórca solowy, mający na koncie kilka naprawdę przełomowych płyt m.in. "Wind's Poem". Jego ostatnie dokonanie - album "A Crow Looked at Me" to na tym tle wyjątkowa rzecz. O ile Mount Eerie gościł wcześniej pod Wawelem w ramach OFF Clubu, to tym razem przyjeżdża w bardzo ważnym momencie swojego i życia osobistego i twórczości. Wspomniana płyta to wydawnictwo poświęcone pamięci żony artysty - osobiste, emocjonalne, intymne. Rzecz, która w swoim gatunku może być nazwana arcydziełem. Głębia, z którą Mount Eerie potraktował osobistą inspirację, to coś przełamujące jakieś bariery. Songwriter tak intymny, że dalej jest już tylko spowiedź - powiedział mój kolega i w pełni z nim się zgadzam.

Jeśli chodzi o trzeciego artystę - Cities Aviv, mamy do czynienia z reprezentantem eksperymentalnego hip-hopu; gatunku stanowiącego sporą odskocznię w stosunku do poprzednich wykonawców. Cities Aviv to muzyk o punkowych i hard core'owych korzeniach. Z rapem eksperymentuje od 2011 roku. Łączy elementy tego gatunku z nową falą i post punkiem, plasując się w grupie poszukujących hip-hopowych grup pokroju Death Grips czy (goszczących na OFF Festivalu) Show Me The Body.   


Na jesiennych koncertach zapewne nie zabraknie uczestników OFF Festivalu.

Mam nadzieje bo to wyjątkowa publiczność.