Mount Eerie w Krakowie (relacja)

Gitara akustyczna, głos, osobista historia. Tylko tyle i aż tyle. Phil Elverum otworzył bramę do osobistego mikro- świata, który właśnie runął w posadach. Ale to nie był do końca smutny koncert.



Jestem Phil. Skromnie ubrany, niepozorny mężczyzna. Samotny na scenie. Towarzyszą mu jedynie pudło od gitary akustycznej oraz... dopiero co narysowany przez córeczkę obrazek. Mało istotny szczegół, ale w tym wypadku nabiera poruszającej wymowy. Tak jak poruszająca jest historia Phila Elveruma. Występujący pod szyldem Mount Eerie artysta przekuł jednostkową tragedię w muzyczną treść, która skrywa uniwersalne treści. O ile tylko jest się na nie przygotowanym. Publiczność krakowskiego koncertu w ramach Something Must Break była przygotowana. Słuchała kolejnych piosenek w ciszy i skupieniu. Chłonąc świadectwo kogoś, kto wraca z bardzo dalekiej podróży.



Nazwa Mount Eerie firmowała już niezwykle zróżnicowane, czasem ekstremalne poszukiwania muzyczne. Nie znalazły one jednak odzwierciedlenia w krakowskim koncercie artysty. Elverum pojawił się na scenie MOS-u właściwie jako powtórny debiutant. Ta legenda alternatywnej sceny na nowo określa swą wrażliwość. Dobiera najprostsze środki wyrazu, które pełnią służebną rolę wobec zawartej w tekstach treści. Ostatni album "A Crow Looked at Me" to właściwie antyteza progresywności - muzyka odarta ze wszekich ozdobników, sprowadzona do akustycznego mianownika, bliska dokonaniom folkowych bardów. Lecz za minimalistyczną oprawą kryje się bolesny, intensywny przekaz.



Elverum nagrał płytę tuż po śmierci swojej żony - cenionej kanadyjskiej artystki Geneviève Castrée. Pracując nad materiałem, przywoływał wciąż żywe wspomnienia, ale też oswajał się ze stratą bliskiej osoby. Zdiagnozowany u żony tuż po narodzinach córki rak, walka z chorobą, jednoczesne doświadczenie śmierci i tacierzyństwa - to wszystko zyskało na planie muzycznym nie tylko elegijny wymiar.  "A Crow Looked at Me" okazał się frapującym koncept-albumem, któremu nie tak daleko do akustycznych dokonań spod znaku "Nebraski" Springsteena czy "Decade" Neila Younga. Pytanie, jak wypada on na żywo i czy ciągłe odtwarzanie bolesnych przeżyć nie kosztuje zbyt wiele. Zarówno autora, jak i słuchaczy.



Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu, Elverum przepraszał publiczność za to, że przywozi tak, delikatnie mówiąc, pokręcone (fucked-up) piosenki. Artyst nie unikał bezpośredniego kontaktu ze słuchaczami. Przez cały występ dbał o swobodną, niezobowiązującą atmosferę. Tłumaczył się również z kłopotów z gardłem i konieczności ciągłego popijania (zakulisowa tajemnica napoju - imbir z cytryną). Na szczęście w trakcie koncertu głos nie odmówił posłuszeństwa.



Po jednej z bardziej wstrząsających piosenek, Elverum zwierzył się z tego, jak dziwacznym uczuciem jest dla niego słuchanie oklasków wieńczących poodbne utwory. Koncertowy aplauz rzeczywiście trochę gryzie się z charakterem obecnej twórczości Mount Eerie. Pewnie dlatego po zakończeniu występu Elverum błyskawicznie zszedł ze sceny. Ale bynajmniej nie po to, aby zaszyć się w garderobie. Artysta szybko wrócił na salę. Tym samym przejściem, co fani ruszył na stoisko z płytami i książkami. Spędził tam ponad pół godziny.



Koncert Mount Eerie był drugim wydarzeniem cyklu Something Must Break. Kurator projektu Artur Rojek obiecał wykonawców przełamujących bariery. Pod tym względem Elverum okazał się artystą, który rzuca słuchaczom chyba największe z możliwych wyzwań. Jego występ unplugged odwoływał się prędzej do wspólnotowego niż muzycznego doświadczenia. Tuż po Zaduszkach, Elverum zaproponował własną wersję zadumy nad przemijaniem, losem i śmiercią. Otworzył na chwilę bramę do prywatnego mikro-świata, który runął w posadach, ale też pokazał, jak go odbudować. Death is Real? Death is not the end - chciałoby się odpowiedzieć. W Krakowie zabrzmiały i nowe piosenki artysty. Równie ascetycznie i poruszające w treści. Pojawiają się w nich malarskie odniesienia, ale też autorka rysunkowego talizmanu. Brama pozostaje otwarta.