Cities Aviv w Krakowie /relacja-zdjęcia/

Człowiek z magicznym pudełkiem zawładnął przestrzenią i przede wszystkim akustyką sceny MOS. Cities Aviv zagrał bezkompromisowy, głośny, ale i zaskakujący koncert.

fot. StudioFILMLOVE


Kiedy Artur Rojek ogłaszał wykonawców pierwszej odsłony Something Must Break, nazwa Cities Aviv wzbudziła chyba najmniejsze emocje wśród słuchaczy. Po części dlatego, iż w porównaniu do Priests i Mount Eerie, dokonania amerykańskiego producenta nie posiadają aż takiego ciężaru gatunkowego. Ale i po części z powodu ich zaszufladkowania jako "alternatywnego hip-hopu, który flirtuje z elektroniką". Podobnie gra teraz wielu undergroundowych artystów, nie tylko za oceanem. Nie da się ukryć, iż od czasu Antipop Consortium czy Clouddead, owa fuzja rymów i syntetycznych brzmień jakby spowszedniała. Na ile kreatywny może być w tym kontekście młody wykonawca z Memphis? Krakowski koncert Cities Aviv przyniósł zaskakującą odpowiedź na to pytanie. I wzbudził nie aż tak małe emocje.

fot. StudioFILMLOVE


Cities Aviv alias Gavin Mays pojawił się na scenie MOS bez żadnego wsparcia. Bez dj'a, muzyków czy innych raperów. Towarzyszyła mu tylko walizka z konsoletą. W tym niewielkim pudełku kryła się jednak prawdziwa magia. Czarna magia, chciałoby się napisać ze względu na siłę, natężenie i mrok programowanych przez Maysa dźwięków.

fot. StudioFILMLOVE


Pytany o inspiracje Mays często powołuje się na Throbbing Gristle. Nieobce są mu też dokonania np. japońskiego noise'u spod znaku Merzbowa. W Krakowie okazało się, że mają one bezpośrednie przełożenie na sferę występów na żywo. O ile bowiem nagrania studyjne Cities Aviv cechuje sterylna zgrzebność, to na koncercie artysta uderza w najwyższe rejestry zorganizowanego hałasu. Prezentuje miażdżącą, w wielu fragmentach industrialną ścianę dźwięku.

fot. StudioFILMLOVE


Krakowski występ Cities Aviv pod tym względem był prawdziwym wyzwaniem dla publiczności. Oto hip-hopowiec, który unika jak tylko może przewidywalnych "ulicznych" bitów, serwując przygniatające niskie częstotliwości, w oprawie rytmów punkowych, jazzowych czy nawet house'owych. Oto twórca tyleż bliski, co odległy elektronice spod znaku IDM; zamiast wypolerowanych struktur brzmieniowych preferujący brudne, niedoskonałe, często urywające się podkłady.  Oto wreszcie raper, który nie zadowala się prostą polityczno-społeczną agitką, ba, wręcz skrywa swe melodeklamacje na drugim planie, wtapia je w elektroniczną magmę. Jak przystało na wielkiego fana My Bloody Valentine.


fot. StudioFILMLOVE


Wizyta Cities Aviv w Krakowie nie przypominała więc hip-hopowego eventu. To były raczej zmagania z materią. Konfrontacja z dźwiękowymi rzeźbami, które Mays ciosał w bardzo surowych warunkach. Warto było jednak się przełamać i wejść w ten sformatowany strumień dźwięku. Choćby po to, aby odkryć, tak jak w przypadku utworu "Write Me When I Go Away", nieoczekiwane pokłady melancholii.

fot. StudioFILMLOVE


Jedno z najnowszych nagrań Maysa okazało się chyba najbardziej porywającym fragmentem koncertu. Bo też niezwykłe płynnie łączy rapową deklamację z godną Nursie With the Wound narastającą, metaliczną warstwą brzmieniową. Przykład potencjału Cities Aviv, który krakowska publiczność chyba doceniła. Artysta został wywołany na bis.

Koncert odbył się 1 grudnia na scenie Małopolskiego Ogrodu Sztuki w Krakowie.