The Necks: Święto wiosny /relacja z koncertu/

To była naprawdę wielka improwizacja. The Necks pożegnali zimę porcją pastelowych, ale też potężnych dźwięków. Krakowska publiczność zgotowała australijskim muzykom odpowiednio gorące przyjęcie.

fot. StudioFILMLOVE

Grają ze sobą od ponad czterech dekad, ale o rutynie nie ma mowy. The Necks są przykładem zespołu, który z nieprzewidywalności uczynił swój główny atut. Dyskografia tria to jedno, występy na żywo – drugie. O ile płyty Australijczyków wytyczają określoną ścieżkę twórczą, to w przypadku koncertów muzycy idą zdecydowanie na żywioł. Proponują słuchaczom improwizowaną, przypisaną do danego miejsca i czasu zamkniętą formę. Występ, który stanowi dosłownie niepowtarzalne wydarzenie. Stąd i obecność The Necks w gronie wykonawców zaproszonych przez Artura Rojka do projektu Something Must Break. Australijskie trio bez wątpienia spełnia wymogi cyklu. Burzy i przełamuje schematy, skłaniając odbiorców do rewizji ich zapatrywań na gatunki muzyczne. 


Sceniczny monolit

Opinia o The Necks jako “najlepszym trio na świecie”, jeśli jest przesadzona, to tylko trochę. I nie chodzi tu wyłącznie o wirtuozerskie zgłębienie instrumentów. Pianista Chris Abrahams, perkusista Tony Buck oraz kontrabasista Lloyd Swanton stanowią przede wszystkim doskonale zgrany kolektyw. Na tyle, iż grane przez nich partie scalają się w jedną kunsztowną, nierozerwalną całość. Na Scenie MOS wystąpiło zatem nie trio indywidualistów (“popisujących się” solówkami), lecz prawdziwy zespół- monolit. Ze spójnym, jednorodnym, precyzyjnym przekazem.


fot. StudioFILMLOVE

The Necks zaprezentowali w Krakowie dwie, trwające ponad 40 minut, improwizowane suity. Jak na zespół współpracujący m.in. ze Swans czy Underworld, zabrzmiały one zaskakująco klasycznie. Wywoływały skojarzenia zarówno z jazz-rockiem, jak i muzyką współczesną. Trio chwilami brzmiało jak łagodniejsze wcielenie King Crimson z okresu “Larks’ Tongues in Aspic” czy The Mahavishnu Orchestra. Gra Swantona była zresztą bliska słynnym awangardzistów kontrabasu pokroju Helmuta Nadolskiego. Z drugiej strony, The Necks sprawiali wrażenie pojętnych uczniów minimalizmu spod znaku Philipa Glassa czy Steve’a Reicha. Bez większego trudu mogliby zawitać na Warszawską Jesień czy Sacrum Profanum. Ale tylko luźne analogie, które nie miały wpływu na sam odbiór muzyki. Bo tak naprawdę liczyła się dramaturgia koncertu. Przemyślana i wykraczająca poza formułę jam session.



Od przesilenia do uspokojenia


Muzycy rozpoczęli od stonowanych, pastelowych motywów, by z każdą minutą zwiększać napięcie, jak i natężenie dźwięku. Swobodna jazzowa gra w pewnym momencie przekształciła się w złożoną, niemal symfoniczną strukturę. Strukturę, w której trudno było odróżnić grę poszczególnych instrumentów. Z gęstego tła wyłaniały się melodyczne, działające na emocje tematy. Trio doskonale kontrolowało ów dźwiękowy mikro-komos. Każda z improwizacji została doprowadzona do należytego finału. Tak, aby po przesileniu przyszło upragnione uspokojenie.


fot. StudioFILMLOVE

Obok artystycznego zamysłu krakowski koncert cechowała także techniczna maestria. Nie jest tajemnicą, iż The Necks przykładają dużą wagę do specyfiki miejsc, w których grają. Podczas próby samodzielnie sprawdzali akustykę sali (m.in. zasiadając w ostatnich rzędach widowni). Nic dziwnego, iż to, co zagrali, było świetnie dostosowane do “warunków odsłuchu”. Zwłaszcza, jeśli chodzi o relację między fragmentami wyciszonymi, a tymi o zwiększonej głośności.

Występ na Scenie MOS okazał się ucztą dla wyobraźni, doskonale zsynchronizowaną z aurą na zewnątrz. Zespół pożegnał mroźną zimę i jednocześnie przywitał nie tak ciepłą wiosnę. To była spora dawka niezwykle impresyjnych dźwięków, może pozbawionych szaleństw Strawińskiego, ale nie mniej wizjonerskich. Na takie Święto Wiosny publiczność mogła opowiedzieć tylko gromkimi brawami.

Koncert odbył się 22 marca na Scenie MOS.